FANDOM


Autor: Kośka

"Moje Dzieciństwo"
Brak obrazka
Seria Pamiętniki Kraahkan
Narracja w pierwszej osobie
Główny bohater Kraahkana Kraahkan
Miejsce akcji Igni-Nui, Inny wymiar
Autorzy Kośka
Długość: 3
 


DrużynaEdytuj

  • Długo krążyłam w ciemnych tunelach. Pewnie już opuściłam Dom...
  • W ciemności dostrzegłam nietoperzą sylwetkę. Oboje zbliżaliśmy się do źródła światła.
  • Nietoperz był czerwony. Nie był dużo starszy ode mnie. Z trzeciego korytarza wyszedł czarny.
  • Czerwony nietoperz powiedział coś. Zrozumiałam tylko „co” i „wy”, ale stwierdziłam, że chodzi mu o „Co wy tu robicie?”.
  • „A co ty tu robisz?” – przekazałam.
  • „Uciekam przed Toa.”
  • „Ja też” – włączył się ten czarny.
  • Odwróciłam głowę. Spojrzałam na źródło światła. Były to kolorowe kule światła. Podeszłam do jednej. Miała błękitną obwódkę. Dotknęłam jej i wtedy... Wpełzła na moją rękę i pokryła mnie całą. * Po chwili przeniosła się na piersi i tam zniknęła. Poczułam coś na kształt ulgi, duchowego odnowienia.
  • Dwaj pozostali tymczasem zrobili podobnie. Spojrzałam na swoje dłonie, czując jakąś zmianę.
  • Podniosłam ręce. Z ziemi wytrysnął srebrny strumień...
  • Ten czarny dotknął sklepienia. Otworzyło się.
  • „Nie źle. Jak ci na imię?” – spytał czerwony.
  • „Kadin. A tobie?”
  • „Calix”
  • Oburzyło mnie to. Jakby mnie nie zauważali. Po chwili zrozumiałam, dlaczego nawet na mnie nie spojrzeli. Obaj mieli na sobie nieco podniszczone skóry zwierzęce. Przypomniałam sobie, jak Hana mi opowiadała o innych klanach nietoperzy. Oni brak okrycia nazywali... nagością. Stwierdziłam, że wobec tego mam do czynienia z kimś, kto jest po prostu dobrze wychowany.
  • Przypominałam sobie też inne opowieści. Legendy o wyzwolicielach, zwanych Kraahtoka. Uświadomiłam sobie, że to nasza trójka...

Broń?Edytuj

  • Wyszliśmy przez powstałą w sklepieniu dziurę. Prowadziła do tunelu, który dobrze znałam. Był to ten, w którym kiedyś mieszkałam. „Przez całe życie miałam pod sobą legendę?” – pytałam sama siebie.
  • Rozglądnęliśmy się za czymś przydatnym. Mama była bardzo przezorna. Znaleźliśmy sporo futrzanych kapot. Ucieszyło mnie to. Wędrowaliśmy dalej przez tunele. Usłyszałam czyjś krzyk. Zaczęliśmy biec. Oglądnęłam się za siebie. W ciemności dostrzegłam zielonego, już wiedziałam, jak się nazywa ten kolo, Toa.
  • Uciekaliśmy tak szybko, jak było to możliwe. Jednak Toa był szybszy. Tuż obok niego leciał ten srebrny. Zielony strzelał szybko, lecz niecelnie. W pewnym momencie srebrny wystrzelił. Chybił, a pocisk trafił w skałę, które była przede mną. Pod warstwą skały, która pękła, widniał metalowy przedmiot. Zdziwiona, ale bez innego wyjścia, chwyciłam podłużny przedmiot i poleciałam w kierunku Toa, gotowa do walki.
  • Z metalowej broni wydobyła się czerń czarniejsza niż otaczający nas mrok. Zdziwiłam się, lecz wiedziałam, że to daje mi jednak możliwość ucieczki. „Już zaczynam uważać ucieczkę za dobre rozwiązanie...” – wyrzucałam sobie.
  • Dogoniłam towarzyszy. Wylecieliśmy przez jedno z wyjść. Na zewnątrz był dzień, to wtedy, kiedy jest jasno. Nie dobrze.
  • Toa tym razem chcieli zmierzyć się w zwarciu. Zielony zbliżył się na niebezpiecznie małą odległość. Chciał uderzyć mnie swoim mieczem, lecz ja obroniłam się swoim. Z mojej broni zaczęły uchodzić fioletowe iskierki. Nie miałam tyle siły. Nagle mój miecz, naładowany Cieniem, silnie odepchnął Toa.
  • Lecieliśmy przed siebie. Spojrzałam z dumą na swą broń. Nazwałam ją Ostrzem Burzy...

Pierwsza BitwaEdytuj

  • Dogonili nas dopiero pod wieczór. Unosiliśmy się w powietrzu, naprzeciwko siebie.
  • „Jeżeli macie w sobie choć odrobinę szlachetności, zrezygnujcie ze swej nieuczciwej przewagi” – przekazał im Calix.
  • Toa rzucili swoją świetlną broń na ziemię, daleko pod nami. Jednak mieli w sobie odrobinę honoru.
  • Pierwszy do ataku ruszył zielony. Tym razem użył Światła. Poczułam silny ból, kiedy nasze miecze się zetknęły. Mój znów się naelektryzował. Silnie odepchnęłam go od siebie. Poczułam podmuch wiatru.
  • Podniosłam dłoń. Zaczął padać deszcz. Po co? Wiedziałam, że woda przewodzi prąd. Ni stąd, ni zowąd gdzieś daleko uderzyła błyskawica. Zaczęła się burza. Uniosłam ostrze w górę. Ujrzałam złotą błyskawicę, która uderzyła w miecz. Poczułam jej energię.
  • Ostrze zaświeciło złotym blaskiem błyskawicy. Nakreśliłam w powietrzu krąg. Ślad mojego ruchu tworzył krąg błyskawic. Te z okręgu zaczęły przechodzić do środka koła. To było takie... dziwne...
  • Blada błyskawica uderzyła w zielonego. Zaczął spadać w dół, pozbawiony wszelkiej możliwości poruszania się. To było za wiele dla mnie. Tyle blasku na raz... Na długą chwilę straciłam wzrok. Ktoś mnie uderzył, spadałam, upadłam na ziemię i całkiem straciłam przytomność...
  • Obudziłam się w jakiejś fortecy. Byłam uwięziona za kratami. Spojrzałam na Ostrze Burzy. Nie miało już energii. Szarpnęła mną złość: byłam uwięziona bez możliwości ucieczki. Zacisnęłam pięści.
  • Kraty skrzywiły się, jakby ktoś z ogromną siłą je ściskał. Moje zdziwienie nie miało granic. Uniosłam dłoń i przybliżyłam ją do siebie. Jedna z krat wyłamała się i zbliżyła do mnie. Wyszłam z celi. Podniosłam rękę do góry. Zacisnęłam pięść, tworząc otwór w sklepieniu. Burza trwała. Rzuciłam Ostrze Burzy do góry. Uniosłam dłoń. W miecz uderzyła błyskawica. Uśmiechnęłam się.
  • Broń opadła, chwyciłam ją. Podeszłam do sąsiedniej celi. Było tam kilku Naszych. Wahałam się, czy powinnam używać miecza. Uniosłam dłoń. Wraz z zaciśnięciem palców i kraty się rozpadły. Miałam moc...

Wielka BitwaEdytuj

  • Wbiegliśmy do sąsiedniego pomieszczenia. Toa byli tam. Przygotowaliśmy się do walki. Było nas więcej, ale tylko pozornie. Rozległ się głośny dźwięk i do sali wbiegła istna armia. Byli to prawdopodobnie Matoranie, czyli coś jak mali Toa uzbrojeni w potężną broń.
  • Cisnęłam w nich błyskawicą. Cofnęli się, ale zaraz natarli z dużą szybkością. Zaświeciło przerażająco jasno. Uniosłam dłoń, nie widząc niczego. W podłodze zrobiła się dziura, którą stworzyło ogromne ciśnienie. Strumień wody wytrysnął z podłogi. Matoranie najwyraźniej nie wiedzieli, co się dzieje.
  • Wszyscy nasi byli już w powietrzu. Ja także wzniosłam się w górę. Zanurzyłam w wodzie jedynie Ostrze Burzy, które jednym piorunem poraziło wszystkich Matoran. Oni mimo to nie poddawali się. Brązowy Toa zrobił otwór w ścianie i woda przezeń wypłynęła. Rozpoczął się ostrzał.
  • Broniliśmy się, jak umieliśmy, ale wobec tylu świetlnych pocisków byliśmy bezradni. Niektórzy nawet używali Tridaxów, czyli „Kul Mroku”. Była to wielka strata gdyby ich nie odzyskali, gdyż najprawdopodobniej nie mogliby mieć potomstwa, w przypadku młodych oczywiście.
  • Niestety, ja mogłam użyć jedynie czarnej tarczy. Przypomniałam sobie o czymś. Prostym ruchem dłoni zrobiłam otwór w suficie i wyleciałam przez niego. Poleciałam do mało znanego mi miejsca. Jamy Czarnych Węży.
  • Siedział tam ich strażnik, wielki i długi. Na mój widok podniósł się i przygotował do natarcia. Ja jednak wolałam skoczyć i uniknąć starcia. Zauważyłam, gdzie są Czarne Węże. Rozdarłam swój płaszcz. Podbiegłam i schwyciłam kilka do owego kawałka skóry. Odleciałam.

Węże wydawały dziwne dźwięki i były dość nieprzyjemne. Podczas mojej nieobecności walka przeniosła się w powietrze. Uwolniłam węże, które zaraz zajęły się kilkoma Matoranami, po czym, niestety, jak to węże, spadły na ziemię i uciekły. Byłam rozczarowana. Mimo to wiedziałam już, jak wyglądają, a więc mogłam je rozpoznać.

  • Z powrotem do jamy. Tym razem miałam lepszy plan. Ruchem dłoni uniosłam dużą część ziemi, w której pełzały węże. Nie było to łatwe, gdyż nie było z niej ani dużo wilgoci, ani metali, ale doleciałam z nim na pole bitwy. Po kolej każdy wąż znajdowała swoją ofiarę... Po bitwie...

Co dalej...Edytuj

  • Bitwa się zakończyła, ale co dalej? Nie wiedzieliśmy, co robić. W końcu postanowiliśmy podróżować po całym Igni-Nui, aż znajdziemy dobre dla siebie miejsce. Rozprostowaliśmy skrzydła i unieśliśmy się w górę. Mówi się, że wtedy przez chwilę nie było widać słońca, które zasłanialiśmy.
  • Długo nie mogliśmy znaleźć dobrego miejsca. Byliśmy nawet w Kraju Gór, ale i tam nie było tak, jak chcieliśmy. Trwało to długo, zbyt długo. W końcu jednak udało się. Kraj, zwany Zieloną Ziemią. Spodobało nam się tam i tam zostaliśmy.
  • Miejsce to zamieszkiwały sześcionożne stworzenia, nazywane Fenrakkami. Słyszałam nieco o tym, że istnieją takie na Archipelagi Drugiego Ducha, ale one mają cztery nogi, z czego żadna nie jest chwytna. Te wyglądały trochę, jakby pomiędzy goleniami, a udami miały dodatkowe płaty skóry. Służyło im to do skoków.
  • Fenrakki przyjęły nas gościnnie. Zaoferowały miejsce i wszelkie dobra. Jednak nic nie trwa wiecznie...
  • Pewnego razu, kiedy leżałam pod drzewem i obserwowałam młode Fenrakki, do moich uszu dobiegł dziwny dźwięk. Wydawał mi się znajomy. To był szczęk stali. Poderwałam się w górę i rozejrzałam się. Zobaczyłam trzy stworzenia, najwyraźniej walczące. Były daleko. Widziałam, jedne to Fenerakk, drugi Kraahkan, a trzeci... Kto to był?
  • Podbiegłam do walczących. Ten dziwny był niebiesko-srebrny. W jego dłoni błyszczał srebrny miecz. Uniosłam dłonie, w do których popłynęła rosa z trawy. Niebieski wojownik podniósł lewą rękę i rosa wyparowała. „Toa” – pomyślałam.
  • Toa podbiegł, czy też podleciał, do mnie i dotknął mnie dłonią. Była zimna jak najzimniejszy lód. Wtapiała się w moją pierś niczym ostrze miecza. Czułam przerażające zimno. Zemdlałam.

Kim jestem?Edytuj

  • Ocknęłam się w niewielkim pokoju. Leżałam w łóżku, przyznam, miękkim i nie chciałam go opuszczać. Czytałam o łóżkach wiele razy, ale to przerosło moje oczekiwania.
  • Usłyszałam czyiś głos. Do pokoju weszła jakaś wysoka osoba. Wydawało mi się, że pochodzi z rasy Vortixx. Powiedziała coś niezrozumiałego dla mnie. Podeszła bliżej i powtórzyła to.
  • „Nie rozumiem” – starałam się przekazać. Niestety, myśli Vortixxy były zupełnie niezrozumiałe dla mnie i odwrotnie.
  • Usiadła przy mnie. Spojrzała na mnie i, wypowiadając jakieś dziwne słowa słodkim głosem, pogładziła mnie po głowie. Poczułam się dziwnie. Jakby to było coś nowego, a przecież nie było.
  • Wstała i mówiąc coś do mnie, wyszła. „Dziwne” – pomyślałam. Próbowałam wstać. Czułam się jakbym nie była sobą, ale udało mi się wstać. Dowiedziałam się, dlaczego się tak czułam. Gładka skóra, o bladym odcieniu różu, minimalna długość paznokci, włosy jedynie na głowie... Nie mogłam uwierzyć, że na prawdę jestem kimś innym. Wydawało mi się, że to niemożliwe.
  • Usiadłam na łóżku i przyglądnęłam się swojej nowej skórze. Szczupłe ręce i nogi, dziwnie spłaszczona twarz. Wcale nie przypominałam Kraahkany.
  • Po tym, jak przyglądnęłam się sobie, przypomniałam sobie, że nie powinnam chadzać bez uprzedniego ubrania się. To, jak zachowywali się przy mnie Calix i Kadin czegoś mnie jednak nauczyło. Tak więc z powrotem położyłam się w łóżku. Nadal zastanawiałam się nad odpowiedziami na wiele pytań. Ale najtrudniejsze było: „Kim jestem?”.

Nowe ciałoEdytuj

  • Po dłuższej chwili wróciła owa Vortixxa. Dała mi coś do narzucenia na siebie. Barwę miało nieco drażniącą, niemal czysta biel. Poprowadziła mnie na jakiś placyk. Stało tam kilka innych Vortixx, raczej młodych. Ta dorosła zaczęła coś mówić. Wzięła drewnianą tyczkę i z dużą szybkością zaczęła uderzać w szmacianą kukłę. Robiła koła, podrzucała tyczkę... W końcu coś powiedziała i wszystkie Vortixxy wzięły po jednej tyczce ze stosu. Ja również wzięłam.
  • Wszystkie ustawiły się parami, naprzeciw siebie. Jedna stanęła przede mną. Nagle ruszyła na mnie z impetem. Odsunęłam się tylko. Ona jednak zaatakowała ponownie. Znowu się odsunęłam. Teraz skoczyła. „Dość już tego” – pomyślałam. Jeszcze pół piki, półtora ramienia... Z łatwością zablokowałam poziomym ustawieniem tyczki.
  • Już miałam zaatakować, kiedy dorosła Vortixxa znów się odezwała. Postawiła tyczkę na ziemi i wskoczyła na jej czubek. Uniosła ręce i przez chwilę utrzymywała się na szczycie. Próbowałam robić tak samo, ale nowe ciało nie było tak sprawne jak to stare. „Szkoda” – pomyślałam.
  • W końcu coś mnie zainteresowało. Vortixxa uderzyła w kukłę w inny sposób. Kij zostawił za sobą czarno-fioletową smugę. Uśmiechnęłam się. Tamta znowu na mnie natarła. „Co ona sobie myśli?”. Zrobiłam kijem koło w powietrzu i spróbowałam przywołać Cień. Nic. Uderzyła. Upadłam. Podała mi rękę i pomogła mi wstać.
  • Długo trwały te ćwiczenia. Jednak ani razu nie udało mi się przywołać Cienia. Smutna wróciłam do pokoju. Tamta, która ze mną trenowała, weszła do środka. Podała mi kartkę papieru i kawałek węgla.
  • „Co się stało?” – widniało na kartce.
  • „Nic” – napisałam.
  • „Jestem Roai.”
  • „Kraahkan. Co za ironia, nieprawdaż? Cień, który nie potrafi przywołać Cienia.”
  • „Nie martw się. Nauczysz się.”
  • „Ale mówić się nie nauczę” – spuściłam głowę.
  • „Dlaczego? Jesteś niesłysząca?”
  • „Nie. Od urodzenia nic nie powiedziałam. Mowę słyszałam raz w życiu. Do dzisiaj.”
  • „To nie koniec świata. Niewidomi mają gorzej” – uśmiechnęła się Roai. – „Pójdziemy na kolację?”
  • „Czemu nie...”

Zaczyna się coś nowego...Edytuj

  • Czułam, że to spora zmiana. Nie jadłam już mięsa, tak, jak kiedyś. Ani nie piłam mleka, czy wody. Wszystko to owoce i warzywa. Zamiast latania miałam intensywne treningi. Nadal miałam problemy z Cieniem. Nie mówiłam...
  • Nie wiedziałam, dlaczego już nie jestem dawną sobą. Pomyślałam, że może to Toa do tego doprowadził. Ale nie, przecież nie byłby tak potężny.
  • Byłam za to bardzo szybka, być może szybsza, niż kiedyś. Nikt już nie nazywał mnie Kraahkan. Teraz byłam Kakkan...

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki